29 listopada 2016

[FD] #2 Crayons

W domku nie znaleźli nic ciekawego, jedynie kilka nowych ubrań i w miarę bezpieczne miejsce do spania. Flynn zablokował wszystkie drzwi i okna i porozkładał pułapki, aby przynajmniej było słychać ewentualnych intruzów, a Alicia w tym czasie przygotowała im łóżko i przejrzała kuchnię. Zjedli w ciszy kilka pozostałych w szafkach puszek z owocami, a potem poszli spać.
Ze snu obudziły ich strzały. Nie z centrum miasta, tak jak wcześniej, a niebezpiecznie blisko ich. Alicia bez chwili zastanowienia chwyciła za pistolet, a Flynn na palcach podszedł do okna i odsunął delikatnie firankę. Pokręcił głową.
Dziewczyna, z bronią w pogotowiu, przeszła z sypialni na przód domu i wyjrzała ostrożnie za okno. Nagle usłyszeli strzał, a potem pisk opon. Czarny sedan przejechał kilka metrów, wirując groźnie, a potem rozbił się o drzewo.
- Chodźmy, zanim pojawi się ich więcej - szepnął do niej Flynn. Gdy nie odpowiedziała, złapał ją za rękę i zaczął ciągnąć na tyły domu.
Nagle przednie drzwi sedana się otworzyły. Alicia w jednej chwili wyrwała się z uścisku i wybiegła przez frontowe drzwi. Flynn zacisnął zęby i pięści, a potem ruszył za nią.
- Stójcie! - wrzasnęła mała dziewczynka, podnosząc na nich pistolet. Miała co najwyżej kilkanaście lat. Jej perłowe włosy związane były w luźnego warkocza, a drobne usta miała nierówno pokryte krwistoczerwoną szminką. Miała na sobie letnią, białą sukienkę i czerwone trampki. Właściwie to po chwili zastanowienia Alicia uznała, że jest całkiem podobna do Taylor Swift. A przynajmniej do jej młodszej wersji. Była tak urocza, że Alicia przez moment zapomniała, że w dłoni trzymała broń. Jej wzrok był stanowczy, a oni wiedzieli, że nie żartowała.
- Spokojnie, chcemy pomóc! - Alicia podniosła ręce, dalej idąc w jej kierunku. - Twój tata potrzebuje pomocy!
- To nie jest mój tata - wycedziła dziewczynka, dalej celując w Alicię.
- Widzisz?! - rzuciła pistolet i nóż na trawnik. - Chcemy pomóc!
- Mackenzie... - z samochodu wydobył się słaby, męski głos. - Opuść to.
Dziewczynka zastanowiła się przez dłuższą chwilę, a potem wybuchła płaczem i schowała broń. Alicia szybko podbiegła do rannego mężczyzny, a Flynn, korzystając z zamieszania, podniósł jej broń. Wiedział, że ona by o niej kompletnie zapomniała.
- To rany postrzałowe... Boże...
- Ja się trzech naliczyłem, nie wiem jak ty - mężczyzna parsknął histerycznym śmiechem, który przemienił się w szloch zanim dotarli do drzwi budynku. Alicia jednym ruchem zrzuciła wszystko ze stołu w jadalni, a Flynn pomógł mężczyźnie się położyć.
Dziewczynka podeszła do nich z mokrą szmatką i zaczęła spokojnie obmywać rany. Rodzeństwo spojrzało po sobie, a potem jej pomogło. Oddech mężczyzny powoli się stabilizował (a może zwalniał aż za bardzo?).
- Kenzie... Przykro mi... Tak bardzo mi przykro... - mężczyzna znowu zaczął szlochać. Dziewczynka spojrzała na niego, a potem wróciła do obmywania ran. W tym samym momencie usłyszeli kolejny pisk opon. Flynn podbiegł do okna. Na ulicy zatrzymało się kilka samochodów. Zaczęli z nich wychodzić mężczyźni, nagle zrobiło się niezwykle głośno.
- Alicia, idziemy.
Flynn podbiegł do siostry, chwycił za ramię i spróbował odciągnąć od rannego.
- Nie zostawię ich.
- Al, spójrz na nich - zdenerwowany  odsunął ją kawałek, tak aby nie mogli usłyszeć ich rozmowy. - On z tego nie wyjdzie, nie bez pomocy medycznej. Wykrwawi się tak czy siak, a ty nie możesz mu pomóc. Oboje o tym wiemy. Więc po prostu chodźmy.
- Nie, Flynn...
- Idziemy - zażądał, ciągnąc ją bardziej agresywnie za sobą.
- Poczekajcie - zatrzymała ich Mackenzie. Spojrzała na mężczyznę, a on na nią.
- Kocham cię, Kenzie...
Dziewczynka bez słowa przytuliła się do rannego, a po chwili było słychać ciche pyknięcie. Blondynka wstała, zamknęła oczy mężczyźnie i wyszeptała coś, tak że nie mogli usłyszeć.
Po chwili ciszy, ruszyła w kierunku tylnego wyjścia. Minęła ich bez słowa, jedną dłonią wycierając nos.

***

Szli za nią w ciszy przez dłuższy czas. Już dawno wyszli z miasta, teraz prowadziła ich przez las. Mimo, że wszystko tu wyglądało tak samo, Mackenzie sprawiała wrażenie, jakby wiedziała gdzie idzie. Może właśnie dlatego posłusznie za nią podążali.
- Mieszkam niedaleko - odezwała się w końcu mała. - Dzisiaj mieliśmy jechać, tutaj jest za dużo złych ludzi. Macie broń, ale nie wyglądacie zbyt groźnie, więc pewnie będziecie mogli pojechać z nami. Ale jak chcecie.
Rodzeństwo tylko spojrzało po sobie i dalej szli w ciszy. Za gęstwiną widoczny był zarys budynku.
- Powiedzcie coś. Czuję się jakbym gadała sama ze sobą.
- Przykro mi - powiedział cicho Flynn. W normalnych okolicznościach ta sytuacja nie zrobiłaby na nim zbyt wielkiego wrażenia, ale ta dziewczynka była taka młoda...
- Nieważne.
- Nie wyglądasz na zbyt przejętą - dodała po chwili Alicia.
- To nie znaczy, że nie jestem.
- Kim... Kim on dla ciebie był?
- Ojczymem. I tak go nigdy nie lubiłam.
Mackenzie przeszła w końcu przez krzaki i zaczęła biec w kierunku drewnianego budynku. Przed budowlą stał czerwony van, a obok niego dwie osoby. Kobieta w czarnych, krótkich włosach, związanych w malutkiego kitka, zagorzale gestykulowała, a łysy mężczyzna z nieprzyjemną, pomarszczoną twarzą ewidentnie próbował jej coś wytłumaczyć.
- Caro! - oboje nagle spojrzeli w stronę przybyszów. Kobieta najpierw złapała się za usta, a potem podbiegła do dziewczynki i objęła ją mocno.
- Nic ci nie jest! Tak się martwiłam! Słyszeliśmy strzały i... - przerwała, gdy zobaczyła rodzeństwo, idące w ich kierunku. Mężczyzna błyskawicznie chwycił za pistolet i skierował na nich lufę.
- Kim jest ta dwójka? - warknął.
- Nie, oni... - zawołała Mackenzie, ale mężczyzna ją zignorował.
- Albo wiecie co, mam to w dupie. Czemu jesteście na mojej posiadłości i czemu miałbym was nie zabić?
Rodzeństwo spojrzało po sobie. Alcia zacisnęła usta, a Flynn zrobił krok do przodu i stanął między nią, a mężczyzną. Ten zawahał się na moment, a potem wycelował bronią prosto w jego serce.
- Lepiej to opuść, zanim popełnisz ogromny błąd.
- Caine... - zaczęła kobieta, dalej tuląc Mackenzie. Właściwie, obie kurczowo się obejmowały, z przerażeniem patrząc na całą sytuację. Mimo wszystko, nie wyglądały na zaskoczone.
Mężczyzna prychnął i zrobił krok do przodu z uśmiechem na twarzy.
- Jesteś bezczelny, dzieciaku. Nie będziesz mi groził na mojej posiadłości.
- Na razie jestem miły. Ale moja cierpliwość też ma granice - jego dłoń wylądowała na pasku, gdzie miał pistolet. Caine podszedł do nich jeszcze bliżej, tak że dzieliło go od Flynna zaledwie kilkanaście centymetrów. Przyłożył broń do jego skroni z grymasem na twarzy.
- Jebany... Słyszałaś, groził mi! Dalej chcesz sięgać po gnata, kutasie?! - wrzasnął mu prosto w twarz, plując przy tym raz po raz.
- Przestań, jest z nami dziecko...
- Spokojnie - zaczął Flynn, podnosząc dłonie. - Nie chcemy sprawiać kłopotów. Sądziliśmy jedynie...
- Mam gdzieś, co sobie sądziłeś! Wynocha, zanim...
- Emm, jeśli mogę coś wtrącić - Alicia podniosła niepewnie dłoń i stanęła obok Flynna. Caine zlustrował ją dokładnie wzrokiem. Aż zbyt dokładnie. - Jaki ty masz kurwa problem? - spytała tak spokojnie, że Flynn aż parsknął śmiechem. Nie tego się spodziewał.
- Bawi cię to?! - przycisnął broń, tak że chłopak musiał odchylić głowę.
- Albo wiesz co, nawet nie odpowiadaj. Ale tak na przyszłość - odwróciła się na pięcie i zaczęła iść przed siebie - jeśli masz celować do mojego brata i chcesz wyglądać groźnie to chociaż odbezpiecz broń.
- Gdzie idziesz? - spytał Flynn, podążając za nią wzrokiem, w czasie gdy Caine niepewnie opuścił pistolet i zaczął go oglądać z każdej strony.
- Na spacer. Narka! - zawołała, podnosząc rękę i pokazując znak pokoju. Po chwili schowała obie dłonie do kieszeni bluzy i żwawym krokiem ruszyła piaszczystą drogą. Flynn westchnął głośno i spojrzał na kobietę zwaną Caro, oszołomioną całą sytuacją. Dał jej chwilę na przetrawienie tego.
- Ona tak ma. Lepiej żeby się wkurzyła i poszła na spacer niż żeby zrobiła coś głupiego... - zerknął na Caina, który wrócił wpieniony do vana i obserwował ich z oddali. - Łatwo się denerwuje. Szczególnie o takie pierdoły.
- Chyba nie rozumiem...
- Ja też nie. Czasami mam wrażenie, że ona po prostu się wkurza o byle co, tak dla samej zasady.  A teraz, gdy ciepłe powitanie mamy za sobą...
- Dziękuję, że nic mu nie zrobiliście - przerwała mu kobieta. - Czasami zachowuje się jak dupek, ale w końcu to mój ojciec. Rodziny się nie wybiera... Oh, i dziękuję, że pomogliście Mackenzie i... Mackenzie, gdzie jest David?
Caro spojrzała na dziewczynkę, która w czasie ich rozmowy usiadła na drewnianym płocie kawałek dalej. Nie musiała otwierać ust - jej wzrok mówił wszystko.
- Przykro mi...
Mackenzie wzruszyła ramionami, a potem zeskoczyła z płotu i ruszyła do domu.
- Nie chcę być nietaktowny... Ale to w pewnym sensie sprawa życia i śmierci. Gdzie się wybieracie?
- My... Na wybrzeże. Moja siostra pojechała tam po brata Kenzie i jego dziewczynę. Od początku wiedziałam, że z tym dzieciakiem będą kłopoty. Geny ma niestety po dziadku...
- Możemy z wami pojechać? - przerwał jej, zanim zdążyła rozgadać się na dobre. - Al nie zawsze ma tyle zapału na spacerki, samochód to byłaby miła odmiana. Ah, właśnie! - puknął się w czoło i wyciągnął dłoń przed siebie. - Jestem Flynn, a moja humorzasta siostrzyczka to Alicia.
- Caroline. Mojego ojca już niestety poznaliście. W domu jest jeszcze moja mama, ledwo słyszy, więc trzeba mówić do niej głośno i wyraźnie. Lubi, gdy mówi się na nią Jenna i...
- Caroline - przerwał jej. - Możemy z wami jechać?
Kobietę zbiła z tropu nagła zmiana tematu, ale po chwili kiwnęła niepewnie głową.
- Jasne, chociaż w ten sposób możemy wam się odwdzięczyć.
- Dziękuję - uśmiechnął się, chwycił delikatnie jej dłoń i musnął ją ustami. - Powinniśmy ruszać, jeśli chcemy ją dogonić. Ma niezłe tempo.

26 listopada 2016

[Fatal Duo] #1 We

Akcja Fatal Duo rozgrywa się w świecie The Walking Dead, kilka miesięcy po wybuchu epidemii, w wyniku której ludzie po "śmierci" wracają do życia jako szwendacze - żywe trupy.


Szli ramię w ramię. Dwie pary szmaragdowych oczu uważnie penetrowały otoczenie. Oboje czujni, skoncentrowani, ale jednocześnie jakby nieobecni. Ulica była zaniedbana, wszędzie walały się śmieci, kilka samochodów zaparkowano na środku drogi, a poza nimi nie było tu nikogo więcej. A przynajmniej żadnej żywej duszy.
Kilka budynków dalej, szwendała się garstka umarlaków. Bezmyślnie człapały jeden za drugim, kiwając się na boki. Nie stanowiły żadnego zagrożenia - były zbyt wolne i zbyt głupie.
Nagle chłopak odskoczył w bok i schylił się przy jakiejś torbie. Spojrzał na brązowowłosą, która zupełnie go zignorowała i dalej szła przed siebie, a po chwili zamachnął się i rzucił butelkę daleko przed siebie. Jej dłoń drgnęła, ale nic więcej. Szkło rozbiło się na miliony kawałków, a żółtawy płyn obryzgał najbliższego szwendacza.
- Co jest? - zawołał, doganiając ją. Nigdy nie była tak cicha. Spokojna owszem, ale nigdy cicha. Jej milczenie wydawało się takie nienaturalne, niepoprawne, nie mógł tego znieść.
- Szkoda naboi.
Flynn teatralnie przyłożył dłoń do ust i westchnął głośno.
- Niemożliwe! Zdarza ci się jednak jakaś rozsądna decyzja!
Dziewczyna pociągnęła nosem, a po chwili ciszy wyciągnęła z kieszeni gumkę i związała długie do talii włosy w wysokiego kucyka.
- Edie...
- Alicia - przerwała mu.
- To był żart - chłopak uderzył ją lekko w ramię.
- Wiem. Zawsze byłeś kiepski w opowiadaniu dowcipów - wytarła nos rękawem szarej bluzy, a po chwili sięgnęła po nóż z bocznej kieszeni plecaka. Wcześniej nosiła go za paskiem, aby mieć go pod ręką, ale wtedy ciągle o nim zapominała i co chwilę się na niego nadziewała. Tak było dla niej bezpieczniej.
Kiwnęła głową w stronę jednego ze sklepów. Szyby były całe, ale ktoś wyraźnie uszkodził zamek w drzwiach. Na wystawie leżało kilka produktów, szafki również nie były całkowicie ogołocone.
Alicia od razu po przekroczeniu progu, ruszyła za kontuar i zaczęła przeglądać pozostały asortyment. Flynn wszedł chwilę po niej i rozejrzał się dokładnie. Zaraz przy wejściu leżał nieżywy szwendacz, a między półkami zauważył dwóch kolejnych. Ktoś już załatwił brudną robotę, a to oznaczało, że nie mogli się spodziewać rarytasów na półkach.
Ruszył w kierunku Alicii, a potem oparł się plecami o ladę.
- Czego szukasz?
- Czego można szukać w monopolowym? Cholera, wszystko puste! - chwyciła jedną z butelek i cisnęła nią w szybę. Przeklęła pod nosem i z impetem usiadła na podłodze, ukrywając twarz w dłoniach.
Flynn przeczesał dłonią kasztanowe włosy i obserwował teren za oknem. Dwóch umarlaków zainteresował hałas i zaczęli w swoim ślimaczym tempie zmierzać w ich kierunku. Chłopak wyciągnął nóż i załatwił ich z obojętnością, jakby to był jedynie ich przykry obowiązek.
- Przestań. Wstawaj. Musimy iść - powiedział, wracając do Alicii. Dziewczyna podniosła głowę i odetchnęła, aby się uspokoić. Rozejrzała się szybko, a potem nagle sięgnęła pod ladę i wyciągnęła pogniecioną paczkę papierosów. Włożyła jednego do ust.
- Masz ogień?
- Nie palisz.
- Dobra. Sama znajdę - gdy wstała, on szybkim ruchem wyrwał jej papierosa i rzucił nim w rozbitą szybę.
- To nie była prośba - stwierdził spokojnie. Jak tylko ruszył w stronę półek, wyciągnęła z opakowania kolejnego.
- Mamy w ogóle jakiś plan? Równie dobrze możemy zostać tutaj, a nie szwendać się bez celu.
- Tu nie jest bezpiecznie.
Zaczął przeglądać półki, niektóre produkty wkładał do plecaka, a inne zrzucał na ziemię, gdy okazywało się, że są puste. Alicia tylko szła za nim, bawiąc się papierosami.
- A gdzie niby jest? Wiesz, coś czuję, że wymyśliłeś sobie jakiś azyl, gdzie wszystko jest idealnie, gdzie ludzie żyją jak dawniej, gdzie nie muszą walczyć o przetrwanie... Cóż, muszę cię rozczarować. Takie miejsce nie istnieje.
Chłopak odwrócił się nagle, wyrwał jej z ręki paczkę i cisnął nią o ziemię.
- Tego nie wiesz. Nasze życie nie musi tak wyglądać. Gdzieś tam czeka nasz nowy dom. Gdzieś tam ktoś pracuje nad lekarstwem, ktoś próbuje przywrócić to do porządku i my po prostu...
Dziewczyna parsknęła śmiechem, przerywając jego monolog.
- Oh, wybacz. Ale w jakiej ty kurwa bajce żyjesz? Nawet jeśli... - odwróciła na chwilę wzrok i zacisnęła wargi. - Jeśli ktoś tam pracuje nad lekarstwem na ludzkość, nie musisz się o to martwić. Raczej cię to nie dotyczy.
- Co to miało niby znaczyć?
- Jeśli ktoś pracuje nad lekarstwem to dla elity, dla uprzywilejowanych, a my, cóż, raczej...
Przerwała, gdy jego dłoń z plaskiem wylądowała na jej policzku. Złapała się za twarz i spojrzała na niego z otwartymi ustami.
- To było pytanie retoryczne. Chodźmy.
Minął Alicię i wyszedł ze sklepu, nie czekając na nią.

***

Mijali budynki jeden za drugim, rzadko do któregoś zaglądając. W takich większych miastach, nawet na obrzeżach, i tak wszystko było już zrabowane albo pełne szwendaczy i niewarte ryzyka.
Alicia wpatrywała się nieprzytomnie przed siebie, wlokąc się za chłopakiem. W pewnym momencie wyprostowała się i poprawiła plecak.
- Nie mam już siły.
Udało im się przejść całe miasto po przedmieściach, zbliżali się powoli do krańca terenu zabudowanego - jeśli do tej pory nie znajdą transportu, z rana będą musieli iść z buta do kolejnego punktu. Po drodze spotykali jedynie szwendaczy, ale w centrum miasta co jakiś czas było słychać strzały.
- Flynn, robi się ciemno.
Zwykle to ona ich prowadziła. To ona zawsze decydowała i wydawała polecenia, a Flynn wzorowo je wykonywał. Szczególnie zanim to wszystko się zaczęło. Nie była przyzwyczajona, że to on przejmował inicjatywę. A tym bardziej nie przywykła do tego, że ją ignorował.
- Masz coś do jedzenia?
- Długo masz zamiar jeszcze tak zrzędzić?
- Jak mnie kurwa ignorujesz to się nie dziw, że się przypominam.
- Nie klnij.
- No to kurwa stój! - wrzasnęła, tupiąc nogą i zaciskając pięści.
- Nie drzyj się.
-Ja pierdolę, zachowujesz się jak ojciec. Nie mów, nie rób, siedź kurwa i nie istniej!
Zanim skończyła, Flynn odwrócił się gwałtownie, podbiegł do niej i złapał ją brutalnie za policzki, tak że jego dłoń zakrywała jej usta.
- Nie drzyj się idiotko - warknął przez zaciśnięte zęby. Wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę. Flynn był od niej wyższy zaledwie o kilka centymetrów, ale w takiej sytuacji to była ogromna przewaga.
W końcu zacisnęła pięści i spuściła wzrok, a on ją puścił. Bez słowa wyciągnął wodę z boku jej plecaka i wziął łyka.
Po chwili ciszy, wytarła pięścią policzek i nos, a Flynn westchnął i złapał ją delikatnie za drugą dłoń.
- Przepraszam...
Nagle wyrwała mu dłoń, minęła go i żwawym krokiem ruszyła przed siebie.
- Alicia, przepraszam, nie chciałem...
Chłopak obserwował ją, gdy w kilku krokach przeszła na drugą stronę ulicy, a potem energicznie otworzyła furtkę jakiejś posiadłości. Przeczesał dłonią włosy, a potem ruszył za nią. Czekała na niego przed drzwiami, z bronią w dłoni.
- Na trzy... - powiedział spokojnie, stając z nią ramię w ramię.

1 sierpnia 2016

[DIS] #12

Ciało o ciało. Czuł ją, na dole, u góry, wszędzie. Nie widział jej twarzy, ale wiedział, że to Ariana. Tylko ona mogłaby być tak delikatna, zdeterminowana i... miła w dotyku jednocześnie. Chciał, żeby nigdy nie przestawała, nigdy...
Obudził się nagle. Otaczała go ciemność. Zmarszczył brwi i klęknął na ziemi. Płytki? Zaczął macać rękami otoczenie. Łazienka. Co się stało? Co tu robił? Gdzie ona jest?
Wstał i ruszył przed siebie. Po dwóch małych krokach trafił na ścianę. Zaczął iść wzdłuż niej.
Nagle usłyszał otwierane drzwi. Odwrócił się gwałtownie. Ktoś był w pokoju obok. Podszedł do drzwi i chwycił za klamkę. Zamknięte. Światło w drugim pokoju się zapaliło. Schylił się, żeby spojrzeć przez szparki na dole drzwi. Męskie buty, zmierzające w jego kierunku. Nagle usłyszał potężny dźwięk uderzenia, aż się skrzywił na chwilę. Mężczyzna upadł. Ktoś go przeciągnął z jego pola widzenia. Po chwili usłyszał kobiece stęknięcie, a potem ciche przekleństwo. Znał ten głos. Ariana.
Wstał i zaczął szarpać za klamkę. Nie rozumiał, co się dzieje, ale czuł, że nie jest to nic dobrego.
- Przestań - usłyszał jej głos. Schylił się i zobaczył ją siedzącą na ziemi pod ścianą po drugiej stronie pokoju. A przynajmniej jej krótkie, czarne spodenki i bose stopy. Widział też kawałek jej nagiego brzucha. Wyglądała inaczej niż gdy się dzisiaj spotkali.
Nagle rzucił mu się w oczy pewien szczegół - na dolnej części jej stopy zauważył nietypowe, sine pręgi. Właściwie to na całych nogach miała blizny i zaczerwienienia, jedne większe, inne ledwo widoczne.
Podciągnęła nogi i objęła je rękoma, jakby nagle do niej dotarło, że on ją widzi, jakby się tego wstydziła. Ktoś ją bił. Tego Jimin był w stu procentach pewien. Jednak podświadomie czuł, że chodzi o coś więcej, że to nie koniec tej historii.
- Ariana, co się stało? Możesz otworzyć drzwi?
- Mogę. Ale tam jesteś bezpieczniejszy. Przedostanie się przez nie zajmie im kilka cennych sekund.
- O czym ty mówisz?
- Nie martw się, już wszystko jest okej. Zadzwoniłam do twojego managera. Będzie tu niedługo...
- Poczekaj... Co...? Skąd wiesz?
- O zespole? Cóż, jesteście tu całkiem popularni.
Zamilkł na dłuższą chwilę.
Wiedziała? Od kiedy? Cały czas udawała? Nie mógł w to uwierzyć. Najpierw Tae, teraz ona... Oni wszyscy to cholerni kłamcy i nic więcej.
- Wypuść mnie - zażądał.
- Tu nie jest bezpiecznie, lepiej zostań tam i siedź cicho. Może ich przyjść więcej, już są w klubie.
- O kim ty mówisz? Co się dzieje?
- Nie musisz się o nich martwić, nic ci nie zrobią, dopilnuję tego.
- Nic nie rozu...
- Cicho. Ktoś idzie. Nie odzywaj się, nic nie rób. Odciągnę ich uwagę na tak długo jak będę mogła.
Wstała nagle i zgasiła światło. Przez chwilę jeszcze się tam krzątała, aż w końcu wszystko ucichło.
Rzeczywiście, Jimin słyszał kroki. Ciężkie, powolne. Były coraz bliżej, aż w końcu ich właściciel się odezwał.
- Maju, nie bój się, nie ukaram cię za twoje nieposłuszeństwo, jeśli teraz wyjdziesz.
Maju? Skrzypienie drzwi.
- Ostatnia szansa. Wiesz, że i tak was znajdę, nie przedłużaj tego.
Cisza.
Kroki. Światło się zapaliło.
- Naprawdę chcesz się bawić w kotka i myszkę, skarbie?
Więcej kroków. Więcej krzątaniny. Przeszukują pokój?
Jimin obserwował ich uważnie. Nie wiedział, co jeszcze może zrobić.
Jeden z nich podszedł do łazienki i pociągnął za klamkę.
- Łazienka jest zamknięta - poinformował beznamiętnie.
- Więc ją otwórzcie.
Ciężkie kroki ruszyły w jego kierunku, a po chwili przemówił ten sam mężczyzna, ich przywódca, jak się zdążył zorientować Jimin.
- Chłopcze, wiemy, że tam jesteś. Nie bój się, nic ci nie zrobimy. Kobieta, która cię porwała jest niezrównoważona psychicznie, popełniła wiele przestępstw, skrzywdziła wiele ludzi. Ale już ci nic nie grozi, jesteśmy tu, żeby ci pomóc.
Zmarszczył brwi. Ariana kryminalistką? Nie potrafił sobie tego wyobrazić. Niezrównoważona psychicznie? No cóż, to wydawało mu się bardziej realne.
Ale miała wiele okazji, żeby mu coś zrobić... Czemu dopiero teraz? To nie miało sensu.
- Jesteś cholernym kłamcą - jak na zawołanie usłyszał głos Ariany.
- Uspokój się, Maju. Chcemy ci tylko pomóc.
- Pierdol się. Zadzwoniłam na policję, zaraz tu będą - zobaczył jej nogi w oddali, stanęła dosłownie na przeciwko łazienki.
- Nie potrafisz kłamać.
- Chcesz się przekonać?
Cisza.
- Otwórzcie łazienkę.
Nagle Ariana ruszyła w tym kierunku.
Trzask.
Jeden z mężczyzn przy łazience upadł na ziemię, a wraz z nim... Szkło? Tak, to było szkło. Usłyszał kilka przekleństw.
Przywódca zrobił krok w jej stronę.
- Uspokój się, nie musisz nikogo krzywdzić.
- Ty chciałeś wyruchać moją całą rodzinę, nie mów mi o... Po prostu nic nie mów.
- Maju, nie wiem, o czym mówisz, to nie jest realne. Nie chcę...
Nie zdążył dokończyć. Jimin usłyszał męski wrzask, nogi Ariany zniknęły mu z pola widzenia. Słyszał, że coś się tam dzieje, jednak nie potrafił wywnioskować, co dokładnie.
I wtedy nagle usłyszał huk. Zamarł. Strzał? Coś upadło na ziemię z impetem. Seria przekleństw.
- Jebana suka.
- Wszystko w porządku?
- Ma ostre zęby, ale to nic. Zajmijcie się nią.
Nie!, chciał wrzasnąć, jednak nie mógł się ruszyć. Co to było?
- Otwórzcie łazienkę.
Odsunął się szybko od drzwi.
- Chłopcze, nie bój się, zaraz zabierzemy cię z tego paskudnego miejsca.
Przełknął ślinę i wstał na równe nogi. Przeszukał szybko rękoma otoczenie. Kran, mydło, ręcznik... Nic przydatnego! Sięgnął niżej i znalazł szczotkę do toalety. Wziął ją do ręki.
Wtedy nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem. Jimin odwrócił się gwałtownie i zobaczył dwójkę facetów. Jeden w kamizelce i w okularach przeciwsłonecznych, kawałek za nim stał trochę grubszy mężczyzna w garniturze. Był prawie łysy, pomarszczony...
- Spokojnie, nic ci nie grozi...
Ten w okularach ruszył w jego stronę, wyrwał mu z dłoni szczotkę i rzucił ją na podłogę, a potem chwycił go delikatnie za ramię i wyprowadził z łazienki.
A Jimin nic z tym nie zrobił. Strach go sparaliżował, nie mógł się w ogóle ruszyć.
- Pamiętasz, co się wyda...? - chłopak zatrzymał się nagle i spróbował wyrwać mężczyźnie, jednak ten go przytrzymał.
- Spokojnie, jesteś w szoku. Nie chcemy cię skrzywdzić, zabierzemy cię do radiowozu...
- Co zrobiliście Arianie? - przerwał mu Jimin. Mężczyzna za nim siłą zmusił go, by szedł dalej.
- Mówisz o Mai? Nic jej nie zrobiliśmy.
Mężczyzna dalej go prowadził za ramię, przed nimi szedł ten grubszy. Wyprowadzili go z pokoju, ruszyli wzdłuż korytarza.
- Słyszałem strzał.
- Ah, to. Spokojnie, nikt nie ucierpiał. Jeden z moich kolegów jest z oddziału specjalnego i miał pistolet. Maja wyrwała mu go i strzeliła, ale na szczęście nikogo nie trafiła. Obezwładniliśmy ją i zabraliśmy do radiowozu. Nie bój się, już cię nie skrzywdzi.
Zeszli schodami na niższe piętro. Znaleźli się w ogromnej sali, z barem, fotelami... Pamiętał ten klub, pamiętał jak go tu zabrała. Tańczyli, śmiali się, dobrze się bawili... Co się potem stało?
Mężczyźni zaczęli go prowadzić do jakiegoś bocznego wyjścia, a gdy znaleźli się tuż przy nim, nagle się zatrzymali.
- O co cho...?
Nie zdążył dokończyć. Jeden z nich nagle przycisnął mu coś do twarzy, drugi go złapał tak, że ledwo mógł się ruszyć. Kręcił głową na wszystkie strony, machał nogami, próbował wszystkiego. Czuł jak ciepło ogarnia całe jego ciało, jak braknie mu tchu. Po chwili zaczął nagle tracić siły, zrobił się senny jak nigdy.
- Jimin! - usłyszał jeszcze znajomy głos. - Zostawcie go!
A potem wszystko zniknęło na dobre.
© Halucynowaa | WS | X X X